Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny
Założycielka Zgromadzenie Powołanie Wydarzenia Kontakt
historia
duchowość
formacja
wspólnoty, adresy
działalność apostolsko-misyjna
dzieła
ośrodek ekumeniczny
Rodzina Misyjna bł. Bolesławy
rekolekcje dla młodzieży
Litwa: Wilno, Ejszyszki
Włochy: Rzym, Infernetto

Delegatura Amerykańska: USA
Kankakee, Burlington, Orange Park

Delegatura Afrykańska: Kenia, Zambia, Tanzania
Kenia: Nairobi, Kanyakine, Rironi, Madunguni
Zambia: Lusaka, Kabwe, Kapiri Mposhii
Tanzania: Dar es Salaam

Delegatura Wschodnia: Białoruś, Rosja
Rosja

Zgromadzenie

Białoruś

Białoruś
225320 Baranowicze
Prospekt Sowieckij 16a
tel. (0 03751634) 679 01
e-mail: msf@tut.by



Więcej informacji o działalności sióstr misjonarek Świętej Rodziny na Białorusi na stronie: www.sestrymsf.ru


Czas na Miłosierdzie jest zawsze i wszędzie: Dom Miłosierdzia w Baranowiczach.
Po ponad 50-letniej, wymuszonej polityczną sytuacją przerwie, rozpoczęłyśmy naszą działalność w Baranowiczach na Białorusi. Wybudowałyśmy dom zakonny, który został nazwany Domem Miłosierdzia. W mieście, gdzie w okresie międzywojennym nasze siostry pochylały się z troską nad najbardziej nieszczęśliwymi dziećmi w zorganizowanym przez siebie sierocińcu, gdzie pielęgnowały chorych w szpitalach, gdzie prowadziły różnorodną działalność apostolsko-ekumeniczną, my - ich spadkobierczynie - od 8 lat staramy się całym sercem zaradzać wyzwaniom, jakie każdego dnia stawia przed nami skromna Ziemia Baranowicka.

Podejmujemy prace pastoralne w parafii Matki Bożej Fatimskiej w Baranowiczach oraz w kilku okolicznych parafiach. Tętni także u nas życiem dom formacyjny zgromadzenia: w postulacie i nowicjacie kształcą się dziewczęta z Białorusi i Rosji, by w przyszłości podjąć owocną posługę jako Siostry Misjonarki Świętej Rodziny wśród swych rodaków.

Ale przede wszystkim od pierwszych dni naszej obecności w Baranowiczach - zgodnie z naszym "imieniem": Dom Miłosierdzia - organizujemy różne formy działalności dobroczynnej. Nasz dom każdego dnia żywi około 350 osób. Angażujemy się w pomoc dzieciom z rodzin patologicznych, przeprowadzając dla nich regularne zajęcia świetlicowe w naszym domu, starając się objąć całościowo potrzeby naszych przestraszonych, wychudzonych podopiecznych. Otaczamy opieką chorych, więźniów, samotnych staruszków, dzieci dotknięte inwalidztwem, bezdomnych, dzieci porzucone przez rodziców.

Każdego dnia przygotowujemy 250 litrów pożywnej zupy. Do stołówki Domu Miłosierdzia przychodzi około 150 osób. Spożywają oni posiłek na miejscu i biorą zupę ze sobą dla członków rodziny. Dowozimy także zupę do domów 40 obłożnie chorych samotnych staruszków i inwalidów. To taka stołówka objazdowa, która jak przed obiadem wyrusza w trasę, to wraca około 5-6 wieczorem. Pomagamy tym ludziom przyjąć cierpienie i wspólnie uczymy się odkrywać wartość starości, przeżywania niedołęstwa, słabości, samotności, odrzucenia przez najbliższych. Przyjeżdżając z zupą zastajemy często naszych podopiecznych w zimnym, brudnym pomieszczeniu, w zanieczyszczonym łóżku. Sprzątamy więc, palimy w piecu (starając się uprzednio własnym sumptem o drewno na takie awaryjne sytuacje, które są codziennością) itd.

Nawiedzamy szpitale, odwiedzamy chorych, tych najbiedniejszych, kupujemy leki (w naszych szpitalach przy obecnym kryzysie niemal wszystko chory powinien sam dostarczyć, by go leczono: lekarstwa, strzykawki, nici do operacji, bandaże, kroplówki itd), przywozimy jedzenie, tak jak każda troskliwa rodzina.

Regularnie posługujemy też w baranowickim więzieniu, gdzie stworzono nam możliwość, w miarę potrzeb sygnalizowanych przez kierownictwo, wspomagania ich lekarstwami, odzieżą, produktami żywnościowymi oraz - co bardzo cieszy - prowadzenia zajęć resocjalizacyjnych z więźniami i zapewniania im duchowej opieki.

W ostatnim roku dzięki owocnej współpracy z Izbą Porodową w Baranowiczach i Dziecięcym Szpitalem Miejskim udaje się nam pomagać dzieciom porzuconym przez najbliższych oraz ich biednym matkom. Mamy już pierwsze "nasze" dzieci, które dzięki duchowej i materialnej pomocy sióstr zostały zaakceptowane przez matkę, wcześniej zdecydowaną na zrzeczenie się praw rodzicielskich. W minione wakacje udało się nam zorganizować rekolekcje dla matek o bardzo powikłanym życiu, aby rozdmuchiwać tę ledwie tlącą się w nich iskrę uczuć macierzyńskich. Wiemy, że trzeba kontynuować to dzieło i wszystko, co dotąd udało się dobrego zrobić. A przede wszystkim w żadnej sytuacji nie wolno nam tracić nadziei - by jej starczyło dla nas i dla tych "zadanych" nam przez Boga bliźnich, z którymi On najchętniej się utożsamia - a którzy tak łatwo poddają się zwątpieniu. Każdego chętnego zapraszamy do współpracy w naszych próbach odczytywania znaków czasu, które Bóg bogaty w Miłosierdzie nieustannie nam daje. Wierzymy, że z Waszą pomocą On znów "uczyni wielkie rzeczy".

S. Nune Titojan



Praca duszpastersko-ekumeniczna
w Mohylewie na Białorusi

Mohylew, to miasto wojewódzkie, leżące po obu stronach rzeki Dniepr, liczące około 400 tysięcy mieszkańców. Zdecydowana większość ludności ma korzenie prawosławne. świątynia katolicka została oddana wiernym w 1989 roku. Do tego czasu katolicy zbierali się na modlitwę na "polskim cmentarzu". Stoi tam kapliczka wybudowana przez męża pani Leontyny Sianożęckiej. Ponieważ kaplica jest zamknięta, wierni modlili się przy grobach. Jeden ze stolików, które na naszych cmentarzach są niemal przy każdej mogile, przykrywano obrusem, stawiano krzyż, świece i dość dużą fotografię przedstawiającą kapłana odprawiającego Mszę świętą. Po latach poznałam, że była to fotografia Mszy Świętej w kościele świętego Ludwika w Moskwie (oczywiście przed remontem). Przyjeżdżał czasem ksiądz z Litwy - wtedy ludzie zbierali się w czyimś mieszkaniu. W latach `80-tych bywały tu też nasze siostry w "cywilu". Opiekunem tego żywego Kościoła w Mohylewie była pani Kazia, a potem siostra z niehabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów - pani Gienia. Do dziś przetrwała piękna tradycja modlitwy różańcowej. We wszystkich intencjach Kościoła powszechnego codziennie rano przed Mszą świętą odmawiany jest różaniec, litanie, droga krzyżowa, śpiewane są polskie tradycyjne pieśni.

Jedna z naszych parafianek wspomina swój przyjazd z Kazachstanu do Mohylewa w 1958 roku. Żyjąc na zesłaniu mama z córką zdecydowały się wrócić w rodzinne strony, mając nadzieję, że jest tu czynny kościół. Zastały zamknięty, zniszczony budynek, zamieniony na skład. Rozpłakały się, ale się nie załamały. Zaczęły szukać żywego Kościoła i znalazły go na cmentarzu.

Nasze siostry przyjechały do Mohylewa z relikwiami Błogosławionej Bolesławy tuż po beatyfikacji, a pracę podjęłyśmy w 1992 roku. Kościół był wtedy w remoncie. Pracowały dwie brygady: konserwatorzy z Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz druga, zatrudniona przez proboszcza ks. Władysława Blina. Pierwsza rozplanowała pracę na 30 lat, drugiej proboszcz wyznaczył termin pięcioletni. Prace były bardzo żmudne, bo trzeba było delikatnie zdzierać kilka warstw farby olejnej z fresków na ścianach i suficie. Wszyscy chętni byli angażowani do pracy. Remonty trwały pięć lat.

Kościół ma dwie wieże, które symbolicznie przypominają wyciągnięte ręce Mojżesza. W jednej mieszczą się sale katechetyczne, a w drugiej są pomieszczenia mieszkalne, kuchnia, biuro i łazienka. W tej wieży mieszkały siostry przez trzy lata. Pracowałyśmy wtedy w zakrystii i prowadziłyśmy korespondencję z dobrodziejami parafii, których było około 1000. Jeździłyśmy często ewangelizować powiatowe miasteczka i wioski naszego województwa, ksiądz odprawiał Mszę świętą i spowiadał, a siostra przygotowywała liturgię i prowadziła katechezę, odmawiała z ludźmi różaniec. Ze wzruszeniem wspominam tamte lata, twarze ludzi oczekujących nas na cmentarzach, w zimnym klubie, w prywatnych domach, w szkole nauki jazdy albo pod budynkiem zrujnowanego kościoła. Przez dwa lata była też możliwość katechizacji w pięciu przedszkolach i w szkole specjalnej pod Mohylewem. Dzieci z niecierpliwością czekały na spotkania z siostrą, nie mniej zresztą jak i ich wychowawczynie.

Dzisiaj w wielu miejscowościach na stałe pracują księża i siostry. Z wielkim trudem budują nowe kościoły, remontują stare, obsługują też polskie wioski. My jeździmy do Sławgorada i Bychowa; szukamy też kontaktów z katolikami w Lenino i Gorkach.

W Mohylewie też wiele się zmieniło. Objęłyśmy całkowicie katechizację dzieci (Siostry Anielanki, które poprzednio ją prowadziły, stopniowo wracają do swego charyzmatu życia i pracy w ukryciu - np. s. Marina podjęła pracę w zakładzie poprawczym w Mohylewie). Praca z dziećmi nie ogranicza się tylko do kilku godzin katechizacji w ciągu tygodnia. Odwiedzamy rodziny dzieci, aby nawiązać bardziej osobisty kontakt z rodzicami i poznać warunki, w jakich dzieci żyją. Większość rodzin potrzebuje wsparcia, zarówno duchowego, jak i materialnego. Duża część matek samotnie wychowuje dzieci, rodziny są rozbite przez alkohol, zdrady, nieumiejętność wspólnego rozwiązywania problemów życia rodzinnego. Małżeństwa, które nie mają przeszkód, doprowadzamy do ślubu, samotne matki - do spowiedzi i Komunii Świętej. Zwykle jest to długa droga i potrzebuje dużo delikatności i modlitwy.

W każdą sobotę organizujemy dla dzieci kilkugodzinne spotkanie, podczas którego ma miejsce wspólna zabawa, spacer, modlitwa, posiłek. Opiekujemy się scholą dziecięcą, do której należą też dzieci prawosławne. Na zajęcia katechetyczne też przychodzą dzieci prawosławne, które czasem stają się członkami Kościoła katolickiego, ale nie jest to regułą. Na każde ferie (na Białorusi dzieci mają więcej przerw w nauce niż w Polsce - są cztery rodzaje wakacji: jesienne, zimowe, wiosenne i trzymiesięczne letnie) gromadzimy dzieci według przedziałów wiekowych i przy pomocy diakona i młodzieży organizujemy dla nich "wakacje z Bogiem".

Oprócz tego siostra pracuje w sekretariacie, utrzymuje nadal korespondencję z ludźmi dobrej woli, gdyż żadna parafia w naszej diecezji nie jest w stanie utrzymać się z ofiar swoich wiernych. Pracujemy w zakrystii i w sekretariacie Festiwalu Muzyki Duchownej "Mahutny Boża", który będzie obchodził już dziesięciolecie swego istnienia. Ma on prawdziwie ekumeniczny charakter i stanowi duży wkład w rozwój muzyki sakralnej i kultury chrześcijańskiej na Białorusi. Siostry od samego początku są bardzo zaangażowane w stronę organizacyjną tego ekumenicznego przedsięwzięcia.

Do kościoła wciąż przychodzą nowi ludzie. Organizowane są grupy przygotowania do sakramentów świętych. Tym z zasady zajmują się wikary i diakon, ale praktycznie każdy z nas ma swoich podopiecznych. Towarzyszymy im na ich drodze do Boga. Czasem trzeba ich odwiedzić, zaprosić na kawę czy obiad. Cieszymy się każdym przejawem rozwoju człowieka i zbliżania do Pana Boga. Przedziwne bywają drogi wiary.

Lena przyszła do kościoła rok temu. We wczesnej młodości była ateistką, prowadziła "lekkie" życie. Gdy okazało się, że będzie matką i przy tym pojawiły się komplikacje, zaczęła się modlić: "Boże, jeżeli jesteś, uratuj moje dziecko". Pan Bóg uratował syna, ale ona zapomniała Mu za to podziękować. Gdy syn ciężko zachorował, musiała zmienić bardzo dobrą pracę, pojawiło się mnóstwo nowych problemów, znowu zaczęła się modlić: "Boże, jeśli jesteś, błagam, pomóż mi". I Pan Bóg wysłuchał, a ona znów zapomniała o wdzięczności. Życie toczyło się dalej, wszystko jakoś się układało, ale brak było prawdziwego pokoju i radości. Wtedy ktoś podpowiedział: "Idź do świątyni, zacznij się modlić, tam znajdziesz ukojenie". Zachodziła czasem do cerkwi, ale tam coś ją przytłaczało. Kiedyś w czasie niedzielnego spaceru z synem po centrum miasta zaszli do kościoła. Przeszli, jak przy zwiedzaniu muzeum i wychodzili bocznym wyjściem. Będąc już na korytarzu usłyszeli śmiech dochodzący z zakrystii i jakieś wesołe rozmowy młodych ludzi. To zrobiło na Lenie wielkie wrażenie: tu jest prawdziwa radość, to znaczy że tu jest życie. Niedługo po tym zdecydowała się z synem przygotować do chrztu świętego. "Wszystko zmieniło się w moim życiu - mówi Lena - jestem tak szczęśliwa i nie przestaję Panu Bogu dziękować za Jego wielką miłość".

Piotr był "sowieckim" biznesmenem. Pamiętam, jak przychodził do kościoła w skórzanym płaszczu, pod krawatem, dyskretnie się rozglądał. Potem bez świadków wciskał siostrze zakrystiance plik banknotów i tak samo dyskretnie opuszczał kościół. Po kilku latach mojej nieobecności spotykam tego samego Piotra, który dzisiaj ma zupełnie inne bogactwo. Jest nim Jezus Chrystus, którego przyjmuje codziennie w Eucharystii. Piotr nie przestaje wierzyć, że Pan Bóg odmieni jego trudną obecnie codzienność i będzie mógł spokojnie utrzymać swoją liczną rodzinę.

Katia siedziała wieczorem niedaleko kościoła i zanosiła się płaczem. Proboszcz spacerujący wokół kościoła, zauważył płaczącą dziewczynę i podszedł do niej. Zapytał, czy nie chciałaby porozmawiać. Chętnie zgodziła się na rozmowę i opowiedziała o swojej tragedii małżeńskiej, że chce się rozwodzić. Po wysłuchaniu zwierzeń Proboszcz dał jej kilka rad, podpowiadając, co powinna zrobić. Minął jakiś czas, sprawy się wyjaśniły i oboje z mężem szczęśliwi przyszli z kwiatami, aby podziękować za uratowanie ich związku. Po roku poprosili o chrzest dla swego dziecka. Obecnie są przy kościele i powoli dojrzewa w nich decyzja przyjęcia sakramentów świętych.

To bycie z ludźmi, uczestniczenie w ich sprawach, zajmuje wiele czasu, ale nikt nie uważa tego czasu za stracony. Wszystkie ich sprawy zawierzamy Panu. Mamy możliwość uczestniczenia we Mszy Świętej, która w naszym kościele jest odprawiana rano po polsku i wieczorem po białorusku. Mamy też kaplicę w swoim domu, który niektórzy nazywają "tieremok" lub "obalewo", bo jest przechylony i robi wrażenie, jakby miał się przewrócić. Nie ma tu wielkiego komfortu, ale żyć można. Wszystkie siostry obecnie stanowiące wspólnotę mohylewską i te, które wcześniej tu mieszkały, włożyły weń wiele trudu własnych rąk. Dom jest własnością Zgromadzenia, jest w nim woda, łazienka, kanalizacja miejska. Obecnie wciąż czekamy na podłączenie gazu ziemnego. Sprawa ciągnie się od maja i być może na Nowy Rok będziemy już miały ciepło. Wielkim plusem naszego domku jest jego usytuowanie w pobliżu kościoła - 5 minut pieszo - i nie ma ruchu samochodowego, choć jest to centrum miasta. Zimą droga jest trochę trudna, bo wiedzie pod górkę i po ośnieżonych drewnianych schodkach - może się ona wydłużyć do 15 minut. Ksiądz Kardynał nazwał naszą uliczkę Doliną Jozafata. Kiedyś było to koryto rzeki Dubrowienki, która wpada do Dniepru. Dziś wygląda jak spokojna wioska nad rzeczką, gdzie hałasują tylko psy i wiatr. Najważniejsza jest jednak atmosfera, jaka panuje w naszym domu, dzięki której z radością zawsze do niego wracamy.

s. Edwina Łęgowska



Dzieci ze świetlicy w Baranowiczach.
Dzieci ze świetlicy w Baranowiczach.

Dom Miłosierdzia w Baranowiczach.
Dom Miłosierdzia w Baranowiczach.

Odwiedziny Domu Dziecka w Pińsku.
Odwiedziny Domu Dziecka w Pińsku.

Dom Dziecka w Pińsku.
Dom Dziecka w Pińsku.

Siostry odwiedzają starszych i samotnych.
Siostry odwiedzają starszych i samotnych.

Katechizacja.
Katechizacja.

Rekolekcje dla dziewcząt w Baranowiczach. Spotkanie z s. Pawłą Bober.
Rekolekcje dla dziewcząt w Baranowiczach. Spotkanie z s. Pawłą Bober.

Podczas wieczoru pogodnego
Podczas wieczoru pogodnego

 Rekolekcje dla dziewcząt w Baranowiczach.
Rekolekcje dla dziewcząt w Baranowiczach.


   Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny - ZGROMADZENIE - BIAŁORUŚ Powrót na górę strony